Opiekowałam się starszą kobietą, która traktowała mnie jak śmieci, ale potem zszokowała mnie jej wola.

INTERESSANTE GESCHICHTEN

„Mściłam się na tobie za moją córkę. Zamiast opiekować się mną osobiście, wolała zatrudniać obcych ludzi. Przyjeżdża tylko raz w miesiącu — tylko po to, by przekazać pieniądze. Odseparowała wnuki od babci, jakbym była jakimś wstydliwym ciężarem, którego trzeba się pozbyć. Miałam nadzieję, że jeśli odejdziesz, w końcu się ze mną pogodzi…”

— Kto to znowu? Mołdawianka? O Boże! Mołdawianie, Cyganie… Chcesz, żeby ta kobieta mnie okradła? — krzyknęła staruszka, widząc mnie.

Tak, przyjechałam do miasta z Mołdawii. Miałam dwadzieścia siedem lat, a w rodzinie były poważne problemy: mama miała poważną operację, a my nadal spłacaliśmy kredyt hipoteczny. Dlatego się spakowałam i wyjechałam do pracy za granicę. Dałam sobie czas — rok lub półtora. Potem planowałam wrócić do normalnego życia.

Postępując zgodnie z radami mojej pracodawczyni — 60-letniej Alewtyny Aleksandrownej — zaczęłam opiekować się jej matką, 84-letnią Werą Iwanowną. To nie było łatwe. Pomagałam jej się myć, czesałam, prałam ubrania, przygotowywałam dietetyczne posiłki, kupowałam produkty i leki. Ale staruszka pozostawała chłodna, nieprzyjazna, często niemiła.

Każdego ranka coraz trudniej było wstać i iść do pracy. Leżąc w łóżku, słyszałam, jak Wera Iwanowna się wierci, szura kapciami, kaszle i przeklina „tę nierobkę z Mołdawii”. Praca nie dla słabych. Poza ciągłymi uwagami i szyderstwami, prawie nie spałam. Wieczorami, gdy staruszka kładła się spać, sprzątałam mieszkanie, gotowałam na zapas lub chodziłam do nocnego sklepu — w ciągu dnia nie można było jej zostawić samej ani na chwilę.

Każdego dnia wymagało to ode mnie ogromnego wysiłku, by zostać. Tylko myśl o rodzinie dawała mi siłę, by kontynuować.

Ale moja cierpliwość się wyczerpała, gdy po pół roku Wera Iwanowna oskarżyła mnie o kradzież pięciu tysięcy rubli. Tłumaczyłam, że nic nie brałam — codziennie przecieram powierzchnie i na pewno zauważyłabym banknot.

— Dokładnie! — wysyczała. — Sprzątasz tak często, żeby ukraść to, co zapomnę schować!

Byłam w szoku. Ta kobieta nie chciała być sprawiedliwa. Rozpętała się prawdziwa awantura. Zadzwoniła do córki, ta przyjechała, potem wezwała policję. Po przeszukaniu (szczególnie dokładnym w moich rzeczach) pieniądze znaleziono w jej torebce. Policja odeszła, Alewtyna też, ale od Wery Iwanowny nie padło ani słowa przeprosin. Po prostu milczała, dumna i wyniosła.

To był ostatni gwóźdź do trumny. Moje siły już się kończyły.

— Odchodzę — ogłosiłam i zaczęłam pakować walizkę — ubrania, dokumenty, porozrzucane po pokoju, w którym mieszkałam.

— Chcesz rzucić dobrą pracę w mieście? — prychnęła, stojąc w drzwiach. — A co z waszym życiem w Mołdawii? I tak jesteście tam biedni.

— Poradzę sobie — odpowiedziałam spokojnie. — Znajdę jakąś pracę.

— To po co w ogóle przyjechałaś, jeśli boisz się trudności? — spytała, krzywiąc usta.

— Żeby zarobić na operację mamy i spłacić hipotekę — wypaliłam, choć wcześniej nigdy bym się tym nie dzieliła. Po prostu nerwy puściły. — Ale już nie chcę tu zostać. Niech płacą mniej, ale nikt nie będzie mnie nazywał złodziejką i poniżał. Znajdźcie sobie inną pomocnicę. Szkoda tylko jej…

Patrzyłyśmy na siebie długo. Była ode mnie niższa, szczupła, blada, pomarszczona. Ale jej niebieskie oczy miały taki wzrok, że mogły przeniknąć na wskroś nawet pewnego siebie człowieka. Teraz jednak już się jej nie bałam. To koniec. Odchodzę.

Znowu chciałam zająć się walizką, gdy usłyszałam jej niespodziewanie ciche pytanie:

— Wszystko to znosisz, żeby ratować swoją mamę?

Jej słowa poruszyły mnie do głębi.

Spodziewałam się nowej złośliwości, ale głos Wery Iwanowny zabrzmiał inaczej. Nie było w nim ani pogardy, ani wyniosłości — tylko zdziwienie, niemal zagubienie… i, jak mi się zdawało, nawet żal.

— Co w tym dziwnego? — odpowiedziałam. — Jestem jej jedyną córką. Choć „uratować” to za mocne słowo. Mama ma po prostu zaćmę, słaby wzrok. Ale to się leczy. Operacja jest prosta, pod narkozą, trwa około trzydziestu minut — i po sprawie.

— A dlaczego nie zrobić tego za darmo? — zapytała. — Czy w waszym kraju nie ma państwowej opieki zdrowotnej?

— Jest, oczywiście — skinęłam głową. — Tylko trzeba by długo czekać. A ja nie chcę, żeby mama rezygnowała ze swoich ulubionych zajęć: czytania, rozwiązywania krzyżówek, książek. Życie z kiepskim wzrokiem jest trudne. Przez całe życie pracowała ciężko, bez odpoczynku. Chcę, żeby teraz było jej dobrze, choćby na emeryturze…

Zamilkłam w pół słowa. Zauważyłam, że w oczach staruszki pojawiły się łzy. Opadła głowa, ale drżenie ramion mówiło samo za siebie — płakała. Nagle poczułam ostry przypływ współczucia. Uraza, która narastała tak długo, zniknęła bez śladu.

Ostrożnie ją objęłam. Bałam się, że zaraz nastąpi nowy wybuch irytacji. Wera Iwanowna napięła się, jakby chciała się wyrwać, ale nagle przytuliła się do mnie całym ciałem. Byłam zdumiona! Płakała, nie mogąc się zatrzymać.

— Przepraszam — wyszeptała po długiej pauzie. — Byłam niesprawiedliwa. Nie wiem, co mnie opętało… Nie jestem przecież taka zła…

— Nic się nie stało, nic — pogłaskałam ją po siwych włosach.

Poczułam się trochę niezręcznie wobec tej nowej, tak niespodziewanie łagodnej kobiety. Chciałam rozładować napięcie:

— Po prostu na początku się nie zrozumiałyśmy. Nie ułożyły się nasze relacje, że tak powiem…

— Nie, to nie to! — wykrzyknęła, prostując się i uwalniając z moich ramion.

Bałam się, że zaraz wybuchnie gniew. Ale Wera Iwanowna mocno ścisnęła moją dłoń i z lekkim drżeniem powiedziała:

— Muszę ci się przyznać… Mściłam się na tobie przez moją córkę. Alewtyna woli zatrudniać opiekunki, niż być przy mnie. Przyjeżdża raz w miesiącu, tylko po pieniądze. Odseparowała wnuki, jakbym była jakąś zarazą, jakby starość była czymś wstydliwym i obrzydliwym. Jakby trzeba było ją ukrywać. Podświadomie miałam nadzieję, że jeśli się poddasz i odejdziesz, Alewtyna w końcu mnie zaakceptuje…

Tak razem płakałyśmy. Po tym dniu nasze relacje diametralnie się zmieniły. Na początku mówiłyśmy ostrożnie, dobierając słowa, potem zaczęłyśmy dzielić się opowieściami o życiu. Ona wspominała, jak samotnie wychowywała córkę, jak walczyła o jej przyszłość. Ja opowiadałam o moim dziwnym małżeństwie na odległość: mąż pracował na budowie w innym mieście, żeby spłacić kredyt za mieszkanie, a ja mieszkałam w mieście. Na razie nie mieliśmy dzieci, bo nie mogliśmy sobie pozwolić. Choć bardzo chcieliśmy.

Z czasem stałyśmy się bliskie. Gdy powiedziałam, że mama przeszła operację, Wera Iwanowna szczerze się ucieszyła. Pytała, ile jeszcze trzeba spłacić kredytu, a nawet dała mi premię, żebym mogła pojechać do męża na kilka dni.

Ale ta niespodziewana przyjaźń nie trwała długo. Cztery miesiące po naszym pojednaniu Wera Iwanowna odeszła we śnie. Cicho, spokojnie.

Gdy ją zabrali, sprzątałam mieszkanie, zbierając rzeczy i powstrzymując łzy. Czułam, jakbym straciła bliską osobę.

Nagle do drzwi zapukała zaniepokojona Alewtyna, w towarzystwie mężczyzny w średnim wieku, ubranego w garnitur — przedstawił się jako adwokat matki.

Napięłam się, oczekując kolejnych oskarżeń. Ale usłyszałam coś zupełnie innego:

— Muszę poinformować was o testamencie Wery Iwanowny. Zostaje wam przekazana… — i podał sumę.

To była dokładnie ta kwota, której brakowało mi do spłaty kredytu hipotecznego!

— Jakie masz metody, że moja matka zostawiła ci tyle pieniędzy? — złościła się Alewtyna.

Spojrzałam na nią ze zdziwieniem.

— Metody? Zaraz ci je pokażę! — uśmiechnęłam się i nagle mocno ją objęłam.

Krzyczała z oburzenia, wyrywając się, a ja poszłam do telefonu — musiałam pilnie powiadomić męża, że wracamy do domu.

Visited 7 times, 1 visit(s) today
Оцените статью
Добавить комментарий