„Dlaczego niby?”
„Mam dość jęków twojej matki – jaki z niej niewdzięczny syn. Więc oddamy jej twój płaszcz.”

„Oszalałaś?”
„Oczywiście. Przynajmniej w domu będzie spokój!”
„A co ze mną?”
„Co – z tobą?”
„W co ja mam się wtedy ubierać?”
„Masz kurtkę puchową, wygląda całkiem przyzwoicie. A poza tym – zanim kupi się futro, trzeba było się mnie poradzić!”
Marinka stała w korytarzu, niepewna, czy ma się śmiać, czy płakać. Z jednej strony Artem nie miał nic wspólnego z zakupem futra. Tak naprawdę zarabiał bardzo mało i nawet nie starał się o więcej. Poza tym jego matka stale ciągnęła pieniądze z ich budżetu – raz wczasy, potem nowy telewizor. A teraz… futro… to samo, o którym marzyła przez tyle lat.
Marzenie o futrze narodziło się jeszcze w przedszkolu. Marinka miała tylko matkę. Rodzina nie była zamożna – na tamten Nowy Rok nie mieli nawet prawdziwej choinki – tylko kilka gałązek. Mama Marinki wstawiła je do wazonu, ozdobiła papierowymi łańcuchami i bombkami. Potem zrobiły „Śledzia pod pierzynką”, ugotowały ziemniaki, galaretę – to była cała noworoczna kolacja. Gdy wybiła północ, mama powiedziała, żeby wszyscy pomyśleli życzenie.
„Chcę, żeby teraz przyszła do mnie Śnieżynka!” – zamknęła oczy Marinka.
Mama zaśmiała się głośno.
„Głuptasie, nie mówi się życzeń na głos, bo się nie spełnią!”
„Ale się spełni!” – Marinka nadęła policzki i zmarszczyła brwi. Nie podobało jej się, że mama nie wierzy w jej życzenie.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi.
„To Śnieżynka!”
Marinka pobiegła do drzwi, otworzyła je szeroko i zawołała:
„Wiedziałam, że przyjdziesz! Takie miałam życzenie!”
W drzwiach stała niemal prawdziwa Śnieżynka. Miała na sobie długie, białe futro, w rękach trzymała prezenty, policzki miała zarumienione od mrozu – a pachniała cudownymi, delikatnymi perfumami.
„Swieta? To ty?! Skąd się tu wzięłaś?!” – pisnęła mama Marinki i rzuciła się siostrze na szyję.
„Cześć, siostro – nadarzyła się okazja, więc jestem.”
„Jak cudownie! Wchodź! Tylko… niewiele mam do zaoferowania…”
„Nic nie szkodzi! Wystarczy herbata – a ja przyniosłam ciasto. A poza tym – nie jestem sama: poznaj Nikołaja, mojego męża.”
Marinka patrzyła szeroko otwartymi oczami – najpierw na gościa, potem na jej towarzysza. Mężczyzna wyglądał jak egzotyczny hrabia – szczupły, wysoki, z zadbaną siwiejącą brodą.
„Mamo, to ty jesteś siostrą Śnieżynki?” – spytała zaskoczona Marinka.
„Nie, nie! To nie Śnieżynka – to moja siostra Swieta!” – roześmiała się mama. A potem westchnęła smutno. „Mieszka bardzo, bardzo daleko stąd.”
Śnieżynka–Swieta przyniosła zimne ognie i konfetti, kolorowe łańcuchy, owoce i słodycze, a nawet prawdziwą lalkę Barbie – takiej nie miała żadna dziewczynka w przedszkolu! Ale Marinka nie patrzyła na Barbie; jej wzrok utkwiony był w futrze, które wisiało na wieszaku w korytarzu.
„Podoba ci się?” – szepnęła Śnieżynka–Swieta do ucha.
„Tak,” – odpowiedziała szeptem Marinka.
„Jeśli chcesz, możesz je przymierzyć.”
„Chcę,” – wydusiła z siebie, tak podekscytowana, że głos niemal jej zanikł.
„To wskakuj na stołek, powiedz wierszyk, a ja przyniosę futro,” rozkazała Śnieżynka–Swieta.
Marinka stanęła na stołku pośrodku pokoju. Śnieżnobiałe futro łaskotało ją w uszy i szyję, pachniało słodkimi perfumami i było niesamowicie lekkie, a zarazem przyjemnie ciepłe.
„A co poprosiłaś Świętego Mikołaja?” – spytała Śnieżynka–Swieta.
„Żebyś przyszła. A teraz mam jeszcze jedno życzenie: chcę futro!”
„Słuchaj, siostro,” – zaśmiała się Swietłana, zwracając się do mamy – „twoje dziecko chce futro! Więc proszę, spełnij marzenie!”
I matka uległa: jak tylko dostała wypłatę, kupiła córce futro w second-handzie.
„Trudno, że ciężkie – byle ciepłe!” – mówiła, ubierając córkę w stary, zniszczony kożuch.
„Jest czarne, a nie białe!” – płakała Marinka, nie chcąc go nosić.
„Ale chciałaś futro – to masz!”
„Chciałam inne, jasne, jak Śnieżynki!”
„Na przyszłość formułuj życzenia dokładniej,” wzruszyła ramionami matka.
Do końca przedszkola – i jeszcze w pierwszej i drugiej klasie – Marinka chodziła w tym zniszczonym kożuchu. Matka przedłużyła rękawy i odpruła podszycie, tak że pod koniec ostatniej zimy Marinka wyglądała jak zmokły wróbel w łachmanach.
„Chcę futro – jasne, lekkie, piękne,” – życzyła sobie Marinka na Nowy Rok w trzeciej klasie.
I Święty Mikołaj usłyszał: pod choinką znalazła paczkę z futerkiem. Jasne, w cętki, niesamowicie lekkie, ale zupełnie niegrzejące. Cóż można było się spodziewać po futerku z sztucznego futra „Cheburashka”, które ostatnio przeszło ospę?
Marinka płakała. Matka była zła.
„Znowu nie to, co chciałaś?! Zrozum, futro jak u cioci Swiety kosztuje majątek! A w naszym mieście nawet takiego nie kupisz!”
„To wolę nic niż… coś takiego,” – zadeklarowała oburzona Marinka.
„Jeszcze raz mi odpowiesz, a zobaczysz! Co kupione, to się nosi!” – ryknęła matka, już nie dziewczynka, lecz surowa kobieta.
Po „leopardowym” futrze kupiono Marince płaszcz; potem przyszedł szał na skórzane i puchowe kurtki. W liceum i na studiach Marinka miała jedne i drugie. A potem mama zachorowała.
„Kochanie, w komodzie jest trochę pieniędzy. Odkładałam na twoje futro. Przepraszam, że się nie udało,” – powiedziała słabym głosem.
„Mamusiu, nie potrzebuję futra – bylebyś była ze mną…”
Niestety, mama odeszła na zawsze. Marinka była rozdarta między studiami, pracą dorywczą i opieką nad matką. Gdyby nie Artem, byłoby jeszcze trudniej. Artem, młody chłopak, sprzedawał mięso na rynku obok domu Marinki. Pewnego dnia zaczęli rozmawiać; Artem zaprosił ją do kina i zgodziła się. Potrzebowała odrobiny szczęścia i odpoczynku od niekończącej się rutyny.
Po studiach Marinka długo nie mogła znaleźć pracy, więc przyjęła pierwszą ofertę. Pracowała najciężej ze wszystkich, zarabiała najmniej („Nie miałaś doświadczenia! Ciesz się, że ci w ogóle płacą!”). Ale praca była blisko domu, mogła opiekować się matką. A Artem zawsze był obok, pomagał jak mógł.
„Marinuszka, wyjdź za mnie. Założę własny biznes – będziesz żyła jak pączek w maśle, postawimy mamę na nogi, kupimy samochód…”
„Och, Artemuszka, twoje słowa to miód dla moich uszu!”
„Przestań wątpić! Moja matka wychowała mnie na prawdziwego mężczyznę – słownego i zaradnego. Zobaczysz – pobierzemy się i będzie nam dobrze!”
Pierwszy sygnał był na weselu. Przyjęcie było bardzo skromne, ale Artem oczekiwał hojnych prezentów i był głęboko rozczarowany, gdy goście dali koperty z pieniędzmi, a nie sprzęt czy coś użytecznego.
„No, kochanie, teraz to sobie pożyjemy!” – zawołał radośnie Artem, potrząsając pieniędzmi. „Kupię sobie skórzaną kurtkę i samochód!”
„Kochanie, a może i dla mnie futro?” – zaproponowała równie radośnie Marinka.
„Futro? Dla ciebie?” – twarz Artema pociemniała. „Nie, to głupie marnotrawstwo. Będę jeździł jako taksówkarz, zarabiał, inwestował. A futro – nakarmi cię?”
Sześć miesięcy później Artem rzucił pracę na rynku i przestał mówić o biznesie. Za „weselne” pieniądze kupił najtańszy samochód, który wymagał napraw kosztujących trzy razy tyle, co sam wóz. Artem wciąż czekał na ofertę pracy, ale przez cały rok nie pojawiła się żadna. Tymczasem Marinka odkryła hobby, które przynosiło skromny dochód: w rzadkich wolnych chwilach robiła mydła, świece, kartki okolicznościowe i albumy, pracowała z gipsem…
„Marina, kiedy mi pomożesz?” – dzwoniła teściowa w każdy piątek.
„Jutro przyjdę – obiecuję,” – mówiła zmęczona Marinka.
„Liczę na ciebie!”
Teściowa oczekiwała jej w soboty – żeby synowa posprzątała i przygotowała jedzenie na cały tydzień. A gdy dowiedziała się, że Marinka ma zdolności manualne, zaczęła zamawiać u niej prezenty rękodzielnicze na każde święto dla wszystkich znajomych.
„Kochanie, dlaczego w domu bałagan? I gdzie obiad?” – pytał regularnie Artem.
Wszystkie obietnice o diamentach, miłości i trosce okazały się puste. Z przedsiębiorcy Artem nie miał nic. Mężem też był słabym. Co chwila zaczynał nową pracę, z której wylatywał po dwóch czy trzech tygodniach. Marinka czuła się już nie jak Kopciuszek – raczej jak koń roboczy, którego wszyscy chcieli zastrzelić, żeby się już nie męczył.
Sure, here’s the translation:
Pewnego dnia Marinka była tak wyczerpana, że zasnęła, opierając głowę na stole kuchennym swojej matki. Obudziła się, gdy ktoś delikatnie pogłaskał ją po ramieniu.
„Moja biedna dziewczynko, wyczerpali cię,” powiedział miękki głos.
„To ty, Śnieżynko?” zapytała zaskoczona Marinka.
„Co ty mówisz! To twoja ciocia Swieta, pamiętasz?”
„Oczywiście! Ale myślałam, że to Śnieżynka!”
„Marinuszko, kochanie, boli mnie widok tego, czym się stałaś. Powiedz mi, czy mogę ci jakoś pomóc?”
„Nie wiem… po prostu chcę spać.”
Ciocia Swieta pokręciła głową. Choć nie mogła przyjść osobiście, rozmawiała przez telefon godzinami, malując różowy obrazek tego, jak cudownie ona i Marinka żyją. A teraz, przychodząc w odwiedziny, Swieta spotkała przygnębiający widok. Biedactwo—tak biedne, chociaż miejsce było uporządkowane. Wykończona Marinka wyglądała co najmniej o dziesięć lat starsza niż jej wiek, a jej matka nikła w swojej chorobie jak gasnąca świeca. Dlaczego nie poprosiły o pomoc? Może przez dumę.
„Zrobimy to tak, siostrzenico: w poniedziałek pójdziesz pod ten adres—czekają na ciebie. To dobra praca, odpowiednia do twojego profilu. Pensja… myślę, że się dogadacie,” powiedziała stanowczo ciocia Swieta.
„Dziękuję,” Marinka udała się powiedzieć, mimo że płakała. Po raz pierwszy ktoś coś jej dał, zamiast wymagać.
„Zabiorę twoją matkę do lekarza jutro. Myślę, że możemy ją poprawić,” matka szepnęła słabo.
„A, droga siostrzenico, wybacz mi, jeśli będę szczera, ale mam 27 lat więcej niż ty—i wyglądam o wiele lepiej. Więc dziś zostań tutaj i odpocznij. Jutro weź dzień wolny, a my pójdziemy do salonu piękności. Kupimy kilka sukienek do biura. To koniec mojej pomocy finansowej: daję ci wędkę—teraz łap ryby sama,” zaśmiała się ciocia Swieta.
Słyszałabyś, jak jej teściowa krzyczała, kiedy Marinka nie przyszła w sobotę! Zamiast tego wysłała Artema: „Twoja mama—idź jej pomóc!”
W poniedziałek Marinka przyszła do nowej pracy.
„A ty jesteś tą cenną specjalistką, o której mówiła Swieta? Jestem Iwan Alekseevicz,” powiedział właściciel firmy na wejściu. Zdecydował się osobiście zobaczyć dziewczynę, o której tyle słyszał.
„Pewnie,” Marinka zarumieniła się.
„Nie wstydź się. Moje HR znalazły twoje CV sześć miesięcy temu i powiedziały: ‚Coś w tym jest, ale poczekajmy.’ Obserwowaliśmy cię od tego czasu. Mieliśmy cię skontaktować i zaoferować pracę, a potem Swieta zasugerowała ‚dlaczego by nie sprawdzić mojej siostrzenicy?’ Jak pięknie wszystko się ułożyło!” zaśmiał się dyrektor, zadowolony z obrotu spraw.
Marinka nie mogła się powstrzymać i zakochała się w przystojnym, pewnym siebie mężczyźnie. On również spojrzał na przyszłą pracownicę z zainteresowaniem.
„Krótko mówiąc, oto co: idź na rozmowę kwalifikacyjną, potem cię zatrudnimy, a do wieczora twoje wynagrodzenie zostanie przelane na konto.”
„Ale po co nam w ogóle rozmowa kwalifikacyjna?”
„Marinko, jesteś młodą specjalistką,” powiedział dyrektor z wyrzutem.
Marinka poczuła, jak jej serce kurczy się—obawiała się, że to będzie znów to samo jak w jej starej pracy.
„Musimy zobaczyć, co wiesz i co potrafisz, a jeśli będzie potrzeba, przydzielimy ci mentora lub wyślemy cię na kursy. Z tego co wiem, nasze HR już coś zaplanowały. Nasz zespół jest świetny—spodoba ci się!”
Iwan Alekseevicz nie zawiódł: tego samego wieczoru na jej koncie pojawił się depozyt. We wtorek Marinka została powitana w biurze jak rodzina. Koledzy otoczyli ją uwagą; okazało się, że zespoły mogą składać się nie tylko z fałszywych wężów, ale także z miłych ludzi.
A dwa tygodnie później Marinka kupiła futro. Srebrne, krótkie. Do tego buty i długa spódnica do ziemi. Kiedy Artem zobaczył jej nowy wygląd, zadrżał. Denerwowało go, że Marinka zaczęła odmawiać wizyt u jego matki, już nie przygotowując jego ulubionych dań. Co więcej, jego żona miała czelność poprawić swój wygląd—teraz nawet nosiła futro! Jakby zdobyła „opiekuna”!
„Szalonej kobiecie! W tym domu jest mnóstwo ludzi, a ty kupujesz futra! Albo może jakiś kochanek ci je dał? Lepiej gdybyś dała mi pieniądze—znalazłbym na nie jakieś przeznaczenie!” syczał Artem.
„To premia, którą dostałam w pracy!”
„Mówiłem ci—lepiej byś dała mi pieniądze!”
„Ale zawsze o tym marzyłam!”
„Kto marzy, co chce! Ja marzę o nowym samochodzie! W skrócie, zwróć to futro do sklepu, za te pieniądze kupimy samochód na kredyt.”
„A ja o tym nie zamierzam myśleć!” w oczach Marinki zatańczyły gniewne iskry. „To moje futro. A jeśli potrzebujesz samochodu—zarób na niego!”
Artem był urażony i poszedł na noc do matki. Nie wyjaśniał powodu kłótni. Następnego dnia wrócił i po długim westchnieniu oznajmił, że Marinka rzeczywiście zasłużyła na futro. Radośnie dodał też, że znalazł pracę.
„O, Marinuszko, jakie piękne futro masz!” wykrzyknęła jej teściowa, machając rękami w zachwycie, kiedy Marinka przyszła w sobotę. „Skąd masz taką sukienkę?”
„Artem dał mi je na naszą rocznicę,” wyrwało się Marince, pierwsza rzecz, która przyszła jej do głowy.
Och, jak dziewczyna później żałowała tych słów! Od tej pory srebrne futro było wspomniane przy każdej możliwej okazji.
„No tak, w naszej rodzinie nie nosimy futer, ani nie mamy nowych butów,” powiedziała jej teściowa z żalem, kiedy Marinka zaproponowała, że kupi jej nowe buty.
„Zamarzam—tobie jest ciepło w futrze, ale mój płaszcz już stary,” skarżyła się teściowa.
„Lepiej opiekuj się swoją matką tak, jak opiekujesz się swoją bezrobotną żoną!” krzyknęła do swojego syna. „Ty jej dajesz futro, a mi dajesz obwarzanka z dziurą? Niewdzięczny! Ani oka nie zmrużyłam!…”
„Wy bogaci ludzie macie swoje dziwactwa. Jednym momentem kupujecie futra, innym bierzecie udział w imprezach firmowych. Jak możemy się porównać!” szydziła z niej teściowa, kiedy Marinka uprzedziła ją, że nie będzie mogła przyjść, ponieważ musi przygotować się do imprezy firmowej.
W skrócie, długo oczekiwane futro stało się źródłem zazdrości i zapalnikiem do kłótni.
„Marinko, wybacz, ale po prostu nie wytrzymam już tego. Mam dość słuchania wyrzutów twojej matki. Po jutrze jest jej urodziny—dam jej twoje futro w prezencie.”
„Zwariowałeś?”
„Oczywiście. I tak nie ma pieniędzy na inny prezent. A ona marzy o futrze. Damy jej twoje—i po sprawie. Przynajmniej będzie spokój w domu!”
„A ja?”
„A ty co?”
„Jak mam się ubrać?”
„Masz puchową kurtkę, która wygląda całkiem przyzwoicie. A w ogóle: zanim kupiłaś futro, powinnaś była się ze mną skonsultować!”
„Może ty sam zarób pieniądze na prezent dla swojej matki?”
„Czy ty wiesz, jak ciężko byśmy musieli pracować, żeby kupić takie futro? Nie, łatwiej je oddać.”
Marinka przewracała się z boku na bok przez całą noc. To oświadczenie jej męża było ostatnią kroplą. Co osiągnęła w małżeństwie? Nic! Mieszkanie było wynajmowane—opłacane jej pieniędzmi. Zakupy spożywcze robiła za jej pieniądze. A jej teściowa traktowała ją jak złotą rybkę, która jest wysyłana na zakupy! Przynajmniej, na szczęście, ciocia Swieta zwolniła Marinkę z obowiązku opiekowania się matką: po leczeniu w klinice, matka przeszła rehabilitację, a potem ona i jej siostra planowały wyjechać na wakacje.
W dniu urodzin teściowej Marinka wstała wcześnie i poszła do pracy. Oczywiście wyszła w futrze, nowej spódnicy i lekkich butach. Później około południa Artem obudził się i zauważył, że futro zniknęło. Natychmiast zaczął bombardować Marinkę telefonami. Ona nie odpowiedziała od razu. Artem był wściekły.
„Tak, kochanie?” w końcu odpowiedziała.
„Słuchaj, żona, co się dzieje? Gdzie jest futro? Mam jechać na urodziny z pustymi rękami?”
„Chcesz—jedź z pustymi rękami. A futro jest ze mną. A tak przy okazji, zrobię dla twojej matki prezent sama.”
„Ty? Zwariowałaś! Ona oczekuje, że to ja—nie
ty!”







