Poranek w przytulnym dwupokojowym mieszkaniu na czwartym piętrze rozpoczął się od znajomych, niemal rytualnych dźwięków — brzęku łyżeczek o filiżanki, kliknięcia tostera, szumu wody z kranu i stłumionego śmiechu. Powietrze wypełniała aromatyczna paleta: kawa, świeży chleb i ledwie wyczuwalny kwiatowy perfum unoszący się od Aliny, która, niczym motyl przed pierwszym lotem, krążyła po pokojach, przymierzając biżuterię.

Marina stała przed starym toaletką w korytarzu, poprawiając kołnierzyk swojej jedynej eleganckiej bluzki — surowej, ale schludnej, którą trzymała na specjalne okazje. Już kolejny raz sprawdzała każdą fałdę, jakby to właśnie ten kołnierzyk miał zadecydować o przebiegu dzisiejszego wieczoru. Obok niej kręciła się Alina — dwudziestoletnia dziewczyna pełna życia, energii i marzeń. Dziś był ważny dzień: oficjalne spotkanie z rodzicami narzeczonego.
— Mamo, i jak? Te kolczyki będą pasować? — zapytała, trzymając przed sobą dwie maleńkie perły, migoczące w promieniach porannego słońca.
— Po prostu cudownie, słoneczko — odpowiedziała Marina, patrząc na córkę z dumą i lekkim smutkiem. — Dziś będziesz wyglądać jak prawdziwa księżniczka. Albo i królowa.
Alina zaśmiała się i zakręciła się w nowej sukience w kolorze morskiej toni — głębokim niebiesko-zielonym, od którego trudno było oderwać wzrok. Tkanina miękko opływała sylwetkę, tworząc wrażenie ruchu, jakby naprawdę stąpała po falach oceanu.
— Wiesz, mamo — powiedziała zamyślona — czasem wydaje mi się, że czas pędzi tak szybko, że nie zdążamy go nawet zauważyć. Jeszcze wczoraj byłam małą dziewczynką, a dziś już szykuję się do spotkania z rodzicami mojego narzeczonego. To niesamowite…
Marina poczuła, jak coś ściska jej wnętrze. Jej dziewczynka naprawdę dorosła. To już nie ta mała, która prosiła ją o bajkę na dobranoc czy łapała za rękę, gdy bała się ciemności. Teraz była to samodzielna, pewna siebie kobieta, która sama wybiera swoją drogę. I wkrótce będzie miała własną rodzinę.
— Ach, ten twój Paweł… — westchnęła, siadając na wysiedzianej kanapie, która wciąż zachowywała ciepło domowych wieczorów.
Oczy Aliny rozbłysły radością.
— Mamo, on jest taki wspaniały! Wczoraj przyniósł mi kwiaty bez okazji. I mówi, że po ślubie na pewno zamieszkamy blisko ciebie. Uważa, że rodzina to najważniejsze w życiu.
— A jego rodzice? — zapytała ostrożnie Marina, czując delikatne ściśnięcie w żołądku, jakby przeczuwała coś nieokreślonego.
— Swietłana Iwanowna i Oleg Giennadjewicz? Bardzo odnoszący sukcesy ludzie. Mają własny biznes, piękny dom poza miastem. Czasem patrzą na mnie trochę dziwnie, ale Paweł mówi, że to tylko ich sposób bycia — chcą się upewnić, że pasuję do ich syna.
Słowa zawisły w powietrzu i Marinie wydało się, że kryje się w nich jakiś ukryty sens. Ale nie chciała psuć córce tak ważnego dnia. Tylko się uśmiechnęła i powiedziała:
— No to wszystko będzie dobrze.
Ale nagle, jakby przypomniała sobie coś ważnego, Alina spojrzała na matkę poważnie:
— Mamo, dlaczego nigdy nie wyszłaś za mąż? Jesteś przecież piękna, mądra, dobra… Dlaczego nie znalazł się ktoś, kto by cię pokochał?
Pytanie zabrzmiało niespodziewanie. Marina gwałtownie wstała, jakby poraził ją prąd, i odwróciła się do okna, by ukryć wyraz twarzy. Na to pytanie czekała całe życie. A mimo to za każdym razem ściskało jej serce.
— Po prostu nie spotkałam tego jedynego, kochanie — odpowiedziała w końcu, jej głos był spokojny, ale w środku wszystko drżało. — I nie miałam czasu dla siebie — wychowywałam ciebie. Byłaś moim największym sensem.
— Ale przecież mam ojca… Kto to?
Marina poczuła, jak zimno przenika pod skórę. Szybko zmieniła temat:
— Lepiej sprawdźmy, czy wszystko gotowe na kolację. Nie można się spóźnić w taki dzień.
Została sama w kuchni. Marina powoli osunęła się plecami na lodówkę, zamknęła oczy i głęboko westchnęła. W myślach znów pojawiło się imię, którego od dawna nie pozwalała sobie wypowiadać na głos: Wiktor…
(Strona tłumaczenia jest zbyt długa na jednorazową wiadomość. Chcesz, żebym







