Każdego popołudnia, zwykle około drugiej lub trzeciej, dzwoniła do mnie moja córka Kavya.
Zaledwie dziesięć dni wcześniej urodziła dziecko i była zamknięta w domu męża w wiosce Bhawanipur, w dystrykcie Barabanki, Uttar Pradesh. Jej głos dudnił w słuchawce:

— „Mamo, jestem wyczerpana… boję się… Przyjedź, proszę, nie wytrzymam tego dłużej…”
Słysząc te słowa, rozsypałam się całkowicie, lecz patrząc na męża, Sri Shankara, wyszeptałam tylko:
— „Poczekaj. Twoja córka jest świeżo po ślubie; nie rób zamieszania z teściami. To normalne, że zostaje w domu — jej łzy nie są niczym zaskakującym.”
Nie mogłam zaznać spokoju. Noc w noc telefon dzwonił; noworodek płakał tak, jakby pękła mu pierś. Płakałam razem z nim, ściskając serce, ale bałam się plotek, gdybym pojechała po córkę.
Pewnego ranka jednak doszłam do granic. Obudziłam męża i stanowczo powiedziałam:
— „Muszę jechać teraz. Jeśli teściowie odmówią, zabiorę Kavya do domu mimo wszystko.”
Pędziliśmy z Lucknow do domu jej rodziców, ponad trzydzieści kilometrów dalej. Gdy dotarliśmy do czerwonej bramy, zobaczyłam coś, co sprawiło, że świat się zachwiał. Wszystko zamgliło się i osunęłam się na dziedziniec.
Na środku leżały dwie trumny, ustawione obok siebie, przykryte bielą i ozdobione girlandami z nagietków; z ołtarzyka unosił się dym kadzideł, a żałobny róg zawodził.
Mój mąż wydał rozpaczliwy krzyk, spojrzał na mnie i zawołał:
— „Boże… Kavya!”
Moja córka odeszła tej nocy…
Rodzina męża nie powiadomiła nas po porodzie. Najgorsze było to, że obok trumny Kavya spoczywała druga, maleńka, owinięta w biel: moja nienazwana wnuczka, dziecko Kavya i Rohita Yadava.
Z krzykiem rzuciłam się ku tej małej trumience, rozdzierana bólem:
— „Ile razy dzwoniłaś do mnie, dziecko? Dlaczego nie zdążyłam cię uratować… Jak mogli tak okrutnie to przede mną ukryć…”
Sąsiedzi zaczęli szeptać:
— „Wczoraj w nocy płakała, chciała iść do szpitala w Barabanki, ale teściowie nalegali, żeby została, bo okres sutak jeszcze się nie skończył — minęło dopiero jedenaście dni — i nie powinna wychodzić. Zaufali akuszerce (Rose) i podali jej liście ziołowe na zatrzymanie krwotoku. Zanim się pogorszyło, było za późno…”
Moje ciało zdrętwiało. Mąż stał nieruchomo; pani Kamala Devi (teściowa Kavya) i pan Mahendra odwrócili twarze, mamrocząc: „Stare zwyczaje.”
Widok dwóch ciał leżących na podwórzu sprawił, że świat zakręcił się przede mną. Z powodu ślepej tradycji i twardego serca teściów moja córka i wnuczka znaleźli tragiczny koniec…
— Zatrzymajcie kremację; ocalcie prawdę
Żałobne dźwięki przeszywały poranne powietrze, a żółć nagietków oślepiała. Ledwie trzymając się na nogach, wbiegłam na środek dziedzińca i zatrzymałam stos pogrzebowy.
— „Nikt nie dotknie Kavya ani dziecka! Przestańcie natychmiast, błagam was!”
Pani Kamala Devi próbowała mnie odepchnąć:
— „Zwyczaj nakazuje, by od razu zanieść ich nad rzekę—”
Zerwałam biały całun, oszołomiona wściekłością:
Jaki zwyczaj pozwala matce po porodzie płakać nocami bez wezwania karetki?
Jaka tradycja zabrania matce zabrać córkę do szpitala?
Wybrałam 112. Głos dyspozytora był opanowany, ale stanowczy:
— „Jednostka w pobliżu już jedzie.”
Następnie zadzwoniłam na 181, linię dla kobiet. W ciągu dziesięciu minut na podwórze wjechał pojazd policji Uttar Pradesh z posterunku Ramnagar. Podinspektor Verma i dwie funkcjonariuszki nakazali natychmiast przerwać obrzędy i sporządzić raport.







