Dzień zrobił się ciepły i jasny, więc Sima skorzystała z okazji, by przewietrzyć swoje „poduszki” i „koc”. Jej poduszkami były papierowe torby wypełnione trocinami, a kocem stara makatka ścienna z motywem jelenia. Ostrożnie rozwiesiła ją na sznurze rozciągniętym między dwoma drzewami i ustawiła w pobliżu drewnianą ławkę obitą czerwoną dermą, na której ułożyła swoje prowizoryczne „poduszki”.

Serafima była bezdomna od ponad roku. Jej celem było odłożenie wystarczającej ilości pieniędzy, odzyskanie zagubionych dokumentów i powrót do jednej z południowych republik — miejsca, które kojarzyło się z rodziną i stabilnym życiem. Na razie mieszkała w opuszczonej leśniczówce, która kiedyś stała głęboko w lesie. Ale lasu już nie było — zastąpiło go ogromne wysypisko śmieci.
Początkowo zapach był ledwo wyczuwalny, ale sterty odpadów rosły w zastraszającym tempie — nie z dnia na dzień, lecz z godziny na godzinę. Gruz budowlany, połamane meble, stare ubrania i naczynia — wszystko to lądowało tam. W ten sposób Sima zdobyła małą szafkę, podniszczony puf i nawet drewnianą skrzynię wypełnioną porzuconą odzieżą, którą ktoś uznał za bezwartościową.
Z czasem zaczęły przyjeżdżać dostawcze samochody z supermarketów — wyrzucały przeterminowane produkty. Po dokładnym przebraniu, czasem trafiały się całkiem zdatne do spożycia warzywa, owoce, a nawet mrożone półprodukty. Ale wody było mało. Musiała ją czerpać z brudnej rzeki, filtrując przez szmaty i węgiel drzewny zebrany na tym samym wysypisku.
Drewna opałowego było pod dostatkiem — wszędzie leżały połamane pnie drzew, więc z ogrzewaniem pieca nie było problemu. Dni zlewały się w monotonną egzystencję, a zaoszczędzenie choćby odrobiny pieniędzy było rzadkością. Monety znajdowane w kieszeniach porzuconych ubrań trafiały się bardzo rzadko, a znalezienie portfela było jak trafienie szóstki w totolotka.
Pewnej nocy obudził ją dźwięk nadjeżdżającego samochodu. To nie było nic niezwykłego — większość ludzi przywoziła śmieci nocą, żeby nikt ich nie rozpoznał. Ale tym razem coś było inaczej. Samochód był drogi, duży, niemal jak SUV. W świetle księżyca wyglądał jak bestia na kołach.
Z auta wysiadł mężczyzna, powoli wyjął z bagażnika ogromny zwój i zaczął go ciągnąć w głąb sterty śmieci.
„Papa? Może papa dachowa? Mogłabym załatać dach… Niedługo zacznie padać,” pomyślała Sima, w myślach poganiając nieznajomego: „No już, już, zostaw i odjedź!”
Mężczyzna zostawił zwój w zagłębieniu między hałdami, rozejrzał się, jakby się wahał, po czym machnął ręką i wrócił do samochodu. Kilka minut później silnik zawył, a pojazd zniknął w ciemności.
„Nareszcie,” westchnęła Sima i zaczęła przebierać się w robocze ubrania.
Włożyła ogromne gumowe buty i wyszła na podwórze. Niebo zaczynało się rozjaśniać, a powietrze pachniało lasem. Przypomniała sobie, że za wzgórzem była polana, gdzie rosły grzyby — warto będzie rano sprawdzić.
Zbliżając się do miejsca, gdzie mężczyzna zostawił zwój, spodziewała się zobaczyć pas papy lub gruby polietylen. Ale zamiast tego na ziemi leżał starannie zwinięty dywan. I to nie byle jaki — przypominał te, które niegdyś zdobiły bogate domy.
„Oho… Styl bucharski, chyba. Taki piękny, ciężki. Szkoda, że nie nada się na dach,” westchnęła Sima z rozczarowaniem, po czym dodała: „Może jednak go wezmę? Złożę na pół, będzie lepszym materacem niż te torby z trocinami.”
Nawet ucieszyła się z tego pomysłu i szybko podbiegła do zwoju. Spróbowała go podnieść — za ciężki. Ostrożnie pociągnęła za brzeg, by go rozwinąć. I wtedy usłyszała — ktoś jęczał w środku!
Sima, która przez rok na ulicy widziała już wiele, po raz pierwszy naprawdę się przestraszyła — aż nogi się pod nią ugięły. Podeszła bliżej i zawołała:
– Kto tam?
Cisza. Potem znów jęk i ledwo słyszalny kobiecy głos:
– To ja… Maria Filipowna…
Z trudem ciągnąc za brzeg dywanu, Sima w końcu uwolniła kobietę. Wypadła na ziemię, próbując się przewrócić na bok, i cicho jęknęła.
– Poczekaj, pomogę ci! – krzyknęła Sima, biegnąc do niej.
Gdy dywan był już całkiem rozwinięty, na ziemi leżała drobna, szczupła kobieta w przyzwoitych ubraniach. Miała siniaka na skroni. Rozejrzała się niepewnie i powiedziała:
– No i dokąd mnie przywiózł? Na śmietnisko? Tak po prostu…
Bez słowa Sima pomogła jej wstać i powoli zaprowadziła do swojej chaty. Posadziwszy ją na krześle, poszła się przebrać w czyste ubrania, a kobieta — dopiero teraz uświadamiając sobie, że została ocalona — cicho się rozpłakała:
– A więc żyję… Chciał mnie pogrzebać żywcem, i jeszcze zniszczył swój ukochany dywan…
Sima postawiła czajnik, wyjęła z szafki zioła, zaparzyła ciepłą, mocną herbatę i postawiła kubek przed swoją gościnią.
– Serafima Jegorowna — przedstawiła się. — Była nauczycielka języka rosyjskiego i literatury.
– Ty jesteś dziewczyną? – zdziwiła się kobieta, patrząc na jej krótkie włosy i męskie ubrania.
– Tak wyszło… – westchnęła Sima. — Przyjechałam do stolicy, chciałam pracować jako guwernantka. Ale na dworcu mnie okradli. Wszystko: torbę, pieniądze, dokumenty…
„Dlaczego nie poszłaś na policję?” — zapytała surowym tonem Maria Filipowna.
„Poszłam. Ale powiedzieli mi, że wszystko muszę załatwić przez ambasadę. A to kosztuje pieniądze. Opłaty konsularne, papierkowa robota… A ja nic nie mam. Bezużyteczne.”
Maria uważnie przyjrzała się młodej kobiecie. Przez ból i łzy w jej oczach przebłyskiwało coś w rodzaju współczucia.
„Naprawdę nie ma żadnej pomocy?” — zapytała.
„Nie znam takich służb,” westchnęła Sima.
„A teraz powiedz mi, jak się znalazłaś w tym dywanie?”
Na to pytanie Maria Filipowna zadrżała znów i wybuchnęła płaczem:
„Takie jest życie… Och, jak do tego doszło…”
Sima mruknęła pod nosem:
„Och, dlaczego ja to w ogóle zapytałam…”
Maria otrzepała łzy, wyprostowała się trochę i rzuciła Simie spojrzenie pełne albo obcości, albo irytacji:
„Dlaczego mam ci pomagać? Wiesz w ogóle, kim ja jestem? Jak tylko się stąd wydostanę — zrobię taki skandal, że on tego nie zapomni! A ty lepiej pomyśl o sobie. Czy można tak żyć?”
Sima spuściła wzrok, czując się winna za swoje życie, za szmaty, za tę chatę, która teraz wydawała się niemal pałacem w porównaniu z tym, co było w dywanie.
Gość skończył herbatę, wziął głęboki oddech i jakby zwracając się do kogoś niewidzialnego, powiedział:
„W porządku… Dojdę do ciebie…” — dodała, trzęsąc pięścią w powietrzu, jakby jej oprawca już tam czekał.
Na zewnątrz świtało. Pierwsze promienie słońca wpadały do środka, oświetlając drobinki kurzu unoszące się w powietrzu.
„Serafino, długo tu mieszkasz? To znasz drogę do szosy?” — zapytała Maria, powoli wstając z krzesła.
„Oczywiście, że znam,” skinęła głową Sima.
„To mnie odprowadzisz?” — kobieta rozkazała raczej, niż zapytała.
Wyszła z chaty i wzruszyła ramionami — świt był chłodny, a ona miała na sobie tylko cienki wełniany kostium.
„Weź sweter albo kurtkę,” zaproponowała Sima, ale Maria zmarszczyła nos z pogardą: „Nie zmarznę. Tylko zaprowadź mnie do drogi — i tyle.”
„Szosa nie jest daleko,” odpowiedziała Sima, idąc obok niej.
„A jak ty pójdziesz z tą kontuzją?”
„Jak chcesz żyć, nauczysz się radzić, dziewczyno. Przewodź, nie zatrzymuj mnie,” powiedziała staruszka, opierając się na ramieniu Simy.
Po drodze Maria narzekała:
„Co oni tu zrobili? Wycięli las — i porzucili go. Nie ma szkółek, nowych nasadzeń. Zużyli i spadaj! Strasznie to wygląda!”
Szybko doszły do szosy. Maria zatrzymała się, krótko skinęła na pożegnanie i puściła rękę Simy:
„No, to tyle, Simochko. Od teraz sama. A ty… spróbuję ci pomóc.”
Sima powoli się odwróciła i wróciła myśląc:
„Interesująca kobieta. Chodzi jak królowa, głos ma surowy i pewny. Albo bizneswoman, albo była jakaś szefowa. Choć teraz to już chyba nie ma znaczenia. Jak pomoże — będę wdzięczna do końca życia.”
W domu zajęła się swoimi sprawami: rozpaliła piec, zaparzyła herbatę, wyjęła mąkę ze spiżarni, by upiec placki. Wlała wrzącą wodę na grudkowate ciasto, posoliła, rozwałkowała butelką i zaczęła smażyć na starej blasze.
„To będzie dobre,” pomyślała, obserwując, jak placki zaczynają się rumienić.
Gdy placki były już gotowe, drzwi chaty nagle się otworzyły. W progu stała Maria Filipowna. Drżała z zimna, miała bladą twarz, a ręce zaciskała nerwowo na boku.
„Sima, pomóż…”
Serafima chwyciła kobietę za ramię i ostrożnie usadziła ją na ławce. Położyła się, skulona, jęcząc:
„O, boli, boli… Nie mogę głodować, nie mogę zostać na mrozie! A ci kierowcy! Ani jeden się nie zatrzymał, tylko jeden. Powiedziałam mu: ‘Zawieź mnie do Starodubnilowskiego!’ A on: ‘Jak zapłacisz?’ Babciu, rozumiesz?! Kim ja jestem — nikim?!”
Maria szlochała, a Sima podała jej pół jeszcze ciepłego placka.
„To z przeterminowanych rzeczy?” kobieta zmarszczyła brwi.
„Nie, wyrzucone. Czasem do mąki wpadają robaki — wtedy przesiewam i zalewam wrzątkiem. Wychodzi prawie domowe. I smaczne.”
„No, zaskakujesz mnie!” Maria zamilkła, trawiąc usłyszane słowa.
„Takiego czegoś nie widziałam od stu lat… i więcej nie chcę.”
„Prawie dziewięćdziesiąt masz, prawda?” odważyła się zapytać Sima.
„No, prawie. I co teraz? Do miasta stąd się nie dostanę. A w domu… dla mnie już nie ma domu. Tylko ten drań, co mnie rzucił jak worek piasku.”
„Nie zamierzasz chodzić, prawda?” zauważyła Sima.
„To byłoby dla ciebie za trudne.”
Wtedy zauważyła znajomego SUV-a za oknem. Podjechał do wysypiska, jakby czegoś szukał. Sima od razu zrozumiała: to ten sam mężczyzna, który przywiózł Marię.
„Ciociu Maszo, cicho!” wyszeptała. „Wraca!”
Kobieta uniosła pytająco brew, ale Sima już złapała ją za rękę i posadziła na podłodze, przyciskając kolano:
„Ani słowa! Może usłyszeć.”
Maria zadrżała na nagły ruch, ale posłusznie zamarła. Na zewnątrz mężczyzna krążył między stertami śmieci, rozglądał się, potem skierował się w stronę chaty. Sima przyłożyła palec do ust, potem pomogła Marii zejść do piwnicy, zamknęła ją sklejką i czekała.
Gdy ktoś zapukał do drzwi, wzięła głęboki oddech i otworzyła. W progu stał wysoki, mocno zbudowany mężczyzna, drogo ubrany, ale z wyrazem twarzy jakby wszystko wokół było pod niego.
„Dzień dobry,” zaczął, patrząc na Simę z pogardą. „Tu mieszkasz?”
„Coś w tym stylu,” odpowiedziała, starając się brzmieć spokojnie.
„I w nocy też?” kontynuował. „Słuchaj, nie widziałaś czegoś dziwnego? Nie znalazłaś czegoś podejrzanego?”
Sima zrobiła niewinną minę:
„Co zgubiłeś?” zapytała, jakby nic nie wiedziała.
Mężczyzna podrapał się po karku:
„Zgubiłem? Można tak powiedzieć…”
„To więc noc spędziłeś tutaj?”
„Tak, mówiłem.”
„I nic dziwnego nie zauważyłeś tej nocy?”
„Nie,” odpowiedziała spokojnie Sima, starając się nie dać po sobie poznać drżenia głosu. „Tylko psy nie szczekały jak zwykle. A poza tym cisza.”
Przyglądał się jej uważnie, jakby chciał wyczytać prawdę z oczu, po czym bez słowa odwrócił się i poszedł do samochodu, rzucając jeszcze spojrzenie na chatę. Sima obserwowała go przez okno, aż odjechał. Potem otworzyła właz do piwnicy.
Maria Filipowna, jęcząc, wyszła. Trzymała się za bok, ale nie płakała — była tylko rozgniewana:
„Niewiarygodne! Wracał po mnie… Drań! Ale ty, Simochko, jesteś dobrą dziewczyną — dwa razy uratowałaś mi życie!”
„A kim on jest dla ciebie, Mario Filipowno?” nie mogła się powstrzymać Sima.
„Zięciem, i to nie byle jakim — rzadkim draństwem! Moja córka umarła, a on, widzisz, teraz po mnie idzie, żeby zdobyć moją część. Ale ja mu dawno powiedziałam: ani grosza nie dostanie. Ani on, ani jego nowa ‘narzeczona’!”
Maria mówiła z taką emocją, jakby zięć stał przed nią:
„Cały spadek zostawiłam wnukowi. A ten chciwiec — nic. Tylko to, co sam zarobił: biznes, samochody, dom…” Kobieta znów gorzko i złośliwie się zaśmiała. „Ale to mu nie wystarcza — chce też zrujnować moje imię.”
Sima słuchała, zdumiona skalą bogactwa i chciwości, o jakich tylko czytała. Według jej standardów człowiek z takim majątkiem powinien być spokojny i pewny siebie. A tu — zdrada, niebezpieczeństwo, nawet próba zabójstwa.
Maria, jakby czytając jej myśli, dodała:
„Mój mąż i ja stworzyliśmy całą firmę wydobywczą. Mieliśmy rządowe kontrakty, nieruchomości za granicą, jachty, prywatny samolot. Ten zięć był gotów to wszystko roztrwonić, gdyby nie mój wnuk. On to prawdziwy menedżer. Wiem, że nasz biznes jest w dobrych rękach.”
„Więc chciał, żebyś mu coś zostawiła?” zgadła Sima.
„Oczywiście! Po śmierci mojej żony postanowił poślubić jakąś młodą panią. Chciał mnie wysłać do Francji albo Austrii, żeby mu nie przeszkadzać. Najmłodsza córka dawno mnie zaprasza, ale ja Niemców nie znoszę. A mój wnuk jest w Rosji. Przeprowadziłabym się do niego, gdyby nie ten drań. Nie pozwolił mi… Po prostu wziął mnie i wrzucił do dywanu na wysypisku.”
Sima spojrzała na kobietę ze współczuciem:
„Nie martw się, Mario Filipowno. Jeśli dasz mi adres wnuka, sama tam dotrę. On musi wiedzieć, gdzie jesteś.”
Oczy Marii rozbłysły nadzieją:
„Naprawdę? Och, moja droga, jak będę wdzięczna! Ale jest problem — nie wpuszczą ludzi takich jak ty do wnuka. Ochrona od razu zadzwoni na policję.”
„To zagramy inaczej,” uśmiechnęła się Sima. „Udasz się w moich ubraniach, a ja pójdę do niego zamiast ciebie.”
Maria nie protestowała. Zrzuciła wełniany kostium i szybko przebrała się w długą spódnicę i bezkształtny sweter. Kiedy Sima założyła jej ubrania, staruszka skinęła z aprobatą:
„Pasuje ci! Gdybyś tylko miała szpilki, mogłabyś iść do miasta.”
Sima zaśmiała się:
„Na pewno nie pójdę na szpilkach po tych bezdrożach. Ale spróbuję.”
Maria uścisnęła ją mocno:
„Nie zawiedź mnie, Simochko!”
Tak Sima zyskała misję — pomóc Marii Filipownie odzyskać godność i bezpieczeństwo, odnaleźć wnuka, a może i doprowadzić do sprawiedliwości wobec złego zięcia. To dopiero początek ich wspólnej drogi…
Kończąc przygotowania, Maria napisała notatkę. Pismo było surowe i pewne:
„Oleg mnie rozpozna. Niech mnie stąd zabierze. Potem poradzimy sobie z tym Glebem porządnie!”
Przed wyjściem Sima objęła kobietę:
„Uważaj na siebie, Mario Filippowno. Pilnuj okna, zamykaj drzwi. Jeśli usłyszysz kogoś — natychmiast idź do piwnicy i schowaj się jak najgłębiej.”
„Tak jest, komendantko!” uśmiechnęła się babcia.
Sima wyszła na drogę i powoli ruszyła w stronę miasta. Samochody pędziły obok, nikt nie zwracał uwagi na samotną postać w czyimś garniturze. Nagle zza niej zaskrzeczały hamulce.
„Podwieźć?” zapytał kierowca samochodu osobowego. „Do miasta?”
Odwróciła się. Za kierownicą siedział młody mężczyzna z miękkim południowym akcentem. Widząc jego twarz, od razu przemówiła w ojczystym języku:
„Rodak?”
„Oczywiście!” Wysiadł z auta. „Jak tu trafiłaś?”
„Długa historia,” westchnęła, podając mu notatkę. „Muszę ją dostarczyć pod ten adres. Możesz pomóc?”
Spojrzał na papier i zapiał z podziwem:
„Daleko! Ale zawsze chętnie pomogę rodaczce.”
Sima wsiadła do samochodu, ostrożnie założyła nieznane buty:
„Są duże, więc chodziłam boso.”
Kierowca tylko się uśmiechnął i ruszył.
W drodze opowiedziała mu wszystko: jak znalazła Marię, pomogła jej się schować, że szwagier może wrócić w każdej chwili. Mężczyzna słuchał uważnie, czasem komentował, ale głównie milczał — ze współczuciem.
Gdy dotarli do chaty, kierowca, Azis, ponownie zapiał:
„Wow, twoi znajomi żyją dobrze!”
„To nie znajomi,” odparła Sima. „To wybawienie.”
Nacisnęła przycisk domofonu. Po kilku sekundach odpowiedział kobiecy głos:
„Kto tam?”
„Serafima mnie wysłała. List od Marii Filippowny.”
Bramę otworzył wysoki młody mężczyzna w okularach, wybiegł:
„Co się dzieje z babcią?! Dlaczego nie dzwoni?!”
„Żyje,” szybko odpowiedziała Sima. „Ale jest w niebezpieczeństwie. Im szybciej ją zabierzesz, tym lepiej.”
Oleg skinął głową, pobiegł do garażu, wsiadł do auta i ruszył na autostradę:
„Więc jest w mieście?”
„Na śmietnisku, w chacie,” odparła Sima. „Szwagier wyrzucił ją tam w dywanie. Ukrywaliśmy się, ale on może wrócić.”
Oleg zamyślił się patrząc na drogę:
„Wyjechałem, bo wujek powiedział, że babcia poleciała do Francji. Pokazał mi bilet lotniczy. Ale nie wierzyłem. Jej numer telefonu przestał działać. Czułem, że coś jest nie tak.”
Wjechali na właściwą autostradę. W oddali, na tle szarych hałd śmieci, dymiła chata. Sima zaniemówiła:
„Szybciej! To Maria!”
Dach już się zawalił. Oleg rzucił się do przodu, krzyknął, żeby czekała, i pobiegł do domu. Z wnętrza dochodziły trzaskające dźwięki ognia. W tym momencie upadł piec i cały dach zawalił się do środka.
Sima upadła na ziemię, zasłaniając twarz rękami. Nie zauważyła nawet deszczu — lekkiego, zimnego, bezradnie kapiejącego na ogień. Oleg stał obok, w duchu żegnając babcię. A Sima opłakiwała znajomą, która w tych dniach stała się niemal rodziną, oraz jej nędzną chatę, która zmieniła się w popiół na jej oczach.
Nagle, przez trzaskający ogień i szum deszczu, usłyszeli słaby, ale żywy głos:
„Sima! Serafima! Szybko otwórzcie!”
Pobiegli w stronę dźwięku — dochodził z krzaków za płotem. Tam, wśród splątanych gałęzi i korzeni, znaleźli drugie wyjście — tajne przejście przykryte starą blachą. Ledwie je ruszyli, zobaczyli brudną, ale żywą twarz Marii Filippowny. Siedziała na drewnianych schodach, ledwo się trzymając.
„Olezhek! Mój wnuczku… Nie płacz!” Jej głos był ochrypły, ale pełen siły. „Nic nie poszło tak, jak on myślał. Ten drań nic nie zdobył!”
Okazało się, że Gleb wrócił. Polał chatę benzyną i podpalił ją. Maria zobaczyła go przez szparę w oknie i zdążyła zejść do piwnicy. Kiedy podłoga się zawaliła, spadła do starego przejścia, które sama kiedyś znalazła, chowając się przed nagłą burzą. I to znowu uratowało jej życie.
Sima nie mogła powstrzymać łez — takich emocji nie czuła nawet, gdy straciła wszystko: dokumenty, pieniądze, nadzieję.
Maria chwyciła ją za ręce:
„Nie płacz, dziecko! Jedziesz z nami! Masz teraz u nas dług — wyciągnę cię z biedy. Dopóki żyję — będziesz bezpieczna.”
W domu wnuka Maria najpierw się ogarnęła, wzięła prysznic i wykręciła kilka numerów telefonów. Godzinę później z radością oznajmiła:
„Olezhek, jutro o 10 będzie wszystko gotowe w konsulacie. Zaniesiesz tam Simę, mam umowę. Ale najpierw dziewczyna musi wyglądać porządnie. Nie pójdziesz odnawiać dokumentów w czyimś garniturze i za dużych butach.”
„Babciu, jakby nic się nie stało,” uśmiechnął się Oleg. „W charakterze!”
Wieczór spędzili na zakupach, odwiedzając salony i fryzjerów. Nocą stała przed nimi zupełnie inna kobieta — zadbana, piękna, pewna siebie. Nawet Oleg, zwykle surowy i powściągliwy, zaczerwienił się widząc ją w nowym wydaniu.
„Wyjazd jutro o dziewiątej,” przypomniał przed snem. „Śpij spokojnie. Jesteśmy blisko.”
Sima położyła się, czując, jakby unosiła się między snem a rzeczywistością. Przebiegła myśl:
„Muszę im podziękować, jeśli kiedykolwiek wrócę do domu.”
Minęły dwa tygodnie. Dostała tymczasowy paszport i wizę. Ale przed wyjazdem poproszono ją, by została — tylko jako świadek w sprawie przeciwko Glebowi. Sima zgodziła się bez wahania.
Gdy na sali sądowej Gleb zobaczył Marię żywą i całą, a Simę — tę samą zaniedbaną kobietę, którą uważał za martwą — jego twarz wykrzywiła się. Opuścił wzrok jak pobite zwierzę.
Świadectwo było decydujące. Gleb został skazany na maksymalny wymiar kary.
Po procesie odbyło się świętowanie w domu Marii. Ktoś się śmiał, ktoś pił, ktoś po prostu cieszył się, że historia zakończyła się dobrze. W pewnym momencie Oleg wyciągnął rękę do Simy:
„Pójdź ze mną zatańczyć?”
Kiwnęła głową. Ruszał się lekko, pewnie, a ona podążała za nim jak we śnie.
„Zaproponowałem babci odpoczynek we Francji, w jej ulubionym domku,” powiedział, kręcąc nią w tańcu. „Pojedziesz z nami?”
„Babcia pytała?” uśmiechnęła się delikatnie.
„Nie. Chcę. Po prostu dlatego, że dobrze się z tobą czuję. I chciałbym… być blisko dużo dłużej niż tylko podczas uroczystości.”
Sima się zastanowiła.
„Chciałam wrócić do rodziców. Czekali na mnie długo w domu.”
„To pojedziemy razem,” zdecydował. „Poznam twoją rodzinę. Może będzie wesele, a potem podróż. Na przykład do Francji. Babcia ma tam dom.”
Spojrzała mu w oczy — i po raz pierwszy od lat zapłonęło w jej sercu prawdziwe uczucie. To, które warte jest nie mniej niż miłość — taka, co zniszczyła ten koszmar.
Miesiąc później, w odległym południowym mieście, przy dźwiękach akordeonu i bębnów, odbyło się hałaśliwe, prawdziwe wschodnie wesele. Wszyscy sąsiedzi zebrali się na ulicy, życząc nowożeńcom wszystkiego najlepszego. Po ceremonii para wyruszyła w podróż. Ale wcześniej odwiedzili Marię Filippownę, by się pożegnać. I przywieźli jej prezent — ten sam dywan z Buchary, od którego wszystko się zaczęło.







