**6 lutego 2022 roku po raz pierwszy założono Angelinie kajdanki. W tej chwili jej jedyną troską było: „Kto odbierze Weronikę z przedszkola?” Córka miała dwa i pół roku — jeszcze niedawno Angelina karmiła ją piersią, nigdy nie zostawiając dziecka na noc.**

**10 maja 2023 roku ogłoszono wyrok w sprawie Angeliny za artykuł 105 — celowe zabójstwo własnego męża. Skazano ją na osiem lat i cztery miesiące.**
**„Jeśli trafisz do sądu — zostaniesz skazana.”**
**Jednak przed Nowym Rokiem adwokaci „Konsorcjum Kobiecych Organizacji Pozarządowych” — organizacji zajmującej się ochroną kobiet doświadczających przemocy domowej — doprowadzili do wznowienia procesu. Angelinę wypuszczono. Opowiedziała redakcji „Prawmir”, przez co przeszła:**
— Wjechałam do kolonii 23 października 2023 roku, a wyjechałam stamtąd 8 października 2024. Spędziłam tam prawie rok. Wcześniej siedziałam siedem miesięcy w areszcie tymczasowym. W więzieniu skończyłam 39 lat.
**Jako była funkcjonariuszka organów ścigania rozumiem, jak sporządzane są akty oskarżenia. Wyrok opierał się wyłącznie na domysłach — zdania wyrwane z kontekstu, dowody to tylko zeznania świadków. Cały czas myślałam: „Czy to możliwe?” Okazuje się, że tak się teraz często zdarza: tendencja do skazywania, brak równorzędnej walki stron. Trafiłeś do sądu — i już jesteś skazany. Tak sędziowie postrzegają swoją rolę.**
—
**Pierwsza miłość — Wiktor**
Kiedy miałam 22 lata, poznałam Wiktora. To był mój pierwszy poważny związek. On miał 35 lat. Prowadził własny warsztat jubilerski. Był energicznym, aktywnym człowiekiem, ale już w latach 90. przeszedł zapalenie płuc, po którym w jego płucach zaczęła się zbierać woda. Przez wiele lat pracował z roztopionym złotem, wdychając szkodliwe opary. W efekcie powstała nieoperacyjna gruźliczak. Przez trzy lata prowadziłam go po klinikach, a potem odszedł.
Do dziś w ważnych momentach życia śni mi się Witia — jakby brał mnie za rękę. Przed rozprawą sądową 12 września widziałam go we śnie i dodało mi to pewności, że wyjdę na wolność.
Przez całe nasze życie nigdy mnie nie oszukał. Kiedy moje rówieśniczki chodziły na imprezy, ja mieszkałam z dojrzałym mężczyzną, który, można powiedzieć, wychował mnie. Zawsze mówił, że kluby to nie najlepsze zajęcie. A kiedy spotykałyśmy się z koleżankami w kawiarni, już czekał na nas stolik. Czułam się bezpiecznie, jak za kamienną ścianą. Na święta Witia dawał mi złote kolczyki, łańcuszki, bransoletki. Szczególnie kochałam medalion z aniołkiem, który zrobił specjalnie dla mnie.
Później, gdy wyszłam za Żenię i zaczęły się konflikty, pierwszym niepokojącym sygnałem nie było nawet to, że mnie uderzył, lecz zniknięcie wszystkich moich złotych ozdób. Marzyłam, by przekazać te klejnoty Weronice!
Krótko przed śmiercią, kiedy Witia już nie mógł pracować, postanowiłam dołączyć do policji — musiałam jakoś zarabiać. Miałam wykształcenie prawnicze, trzeba było tylko ukończyć kurs doszkalający w Wyższej Szkole MSW i odbyć praktykę. Jestem patriotką, chciałam służyć kraju i wydawało się, że organy ścigania to dobre miejsce. Do tego pensja — około 50 tysięcy rubli miesięcznie.
Witia wtedy powiedział: „Nie dasz rady”. I miał rację. Nie wiedziałam, gdzie idę. Trafiłam do systemu, w którym łatwo zwalić winę na niewinnego. Starałam się załatwiać sprawy polubownie, gdzie tylko się dało. Po jego śmierci w 2015 roku odeszłam z pracy.
Przed śmiercią zostawił mi mieszkanie, gdzie razem mieszkaliśmy i remontowaliśmy. Ale zostać tam bez niego było nie do zniesienia. W marcu 2018 sprzedałam je i kupiłam inne — u ojca Żeni. Tak poznaliśmy się z Żenią. Kiedy go pierwszy raz zobaczyłam, wydawał się zadziwiająco podobny do Wiktora. Jeszcze dziwniejsze było to, że Weronika urodziła się w dniu urodzin Witia. Wszystkie te zbiegi okoliczności nie wydawały mi się przypadkowe.
—
**Mąż — Żenia**
Żenia urodził się w 1986 roku, był ode mnie starszy o rok. Tymczasowo zamieszkaliśmy razem: ja już sprzedałam mieszkanie, a on jeszcze nie znalazł nowego lokum. Czasem prosił, by przenocować, a ja w tym czasie wyjeżdżałam do mamy. Inny dawno by zażądał zwrotu kluczy, ale ja nie mogłam go wyrzucić na ulicę. Zawsze ufałam ludziom. Zawsze uważałam: jeśli sama nikogo nie oszukujesz, to i ty nie zostaniesz oszukana.
Pewnego dnia Żenia się wyprowadził, uprzednio zamontował piec i pralkę. Później przychodził pomagać w składaniu mebli — wszystko za darmo. Kupił mieszkanie w sąsiednim domu i coraz częściej mnie odwiedzał. Od kwietnia zaczęliśmy mieszkać razem. Lato minęło szybko — w weekendy jeździliśmy się opalać, parę razy byliśmy nad Bajkałem. Wyglądaliśmy na szczęśliwą parę.
Koleżanki mówiły, że mam szczęście: uważny, uprzejmy, zręczny, potrafi otworzyć drzwi i donieść torby. Mówi spokojnie, cicho, jak prawdziwy dżentelmen. Nikt nigdy go pijanego nie widział. Był trochę niższy ode mnie, ale w wieku trzydziestu lat takie drobiazgi już nie mają znaczenia. Jesienią oświadczył się — zgodziłam się. Chciałam mieć dziecko.
W grudniu odbył się ślub. I wtedy mama po raz pierwszy zauważyła:
— Wiesz, wydaje mi się, że ma problemy z alkoholem.
— Nie czepiaj się, mamo, u mnie tego nie ma.
W styczniu dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Finanse stały się problemem — z powodu pandemii zarządcy przestali płacić mężowi za remonty w domach, kraj zamknięto na kwarantannę. Od 2021 roku Żenia zaczął dużo pić.
Podczas śledztwa zapytano mnie, czy mnie zdradzał:
— Nie, na pewno nie — odpowiedziałam.
Śledczy powiedział:
— Przepraszam, ale miał inną dziewczynę. Są dokumenty potwierdzające to.
Ona składała przeciwko mnie zeznania i pojawiła się na sądzie. Było mi wstyd i bolało, jakby ktoś nadepnął na moją godność. Chciałabym wiedzieć wcześniej, niż zostać zaskoczona. Myślę, że pojawiła się w czasie, gdy się kłóciliśmy, mieszkaliśmy w osobnych pokojach, ale dla dobra córki staraliśmy się utrzymać choćby przyjaźń.
Żenia miał pierwszą żonę, która zabraniała mu widywać się z synem. Nie chciałam powtórzyć tego scenariusza — dziecko potrzebuje ojca. I ciągle przypominałam Żeni: „Jesteś wolny, możesz odejść.” Ale on mówił to samo:
— Jestem tylko z wami. Jesteście moimi ukochanymi dziewczynami.
—
**Szwagier — Jurij Anatolijewicz**
Kiedy trafiłam do aresztu, ktoś powiedział:
— Wiesz w ogóle, kim jest twój teść?
Okazało się, że do emerytury kierował wydziałem kontroli narkotyków, był wpływową postacią, swego rodzaju „szarą eminencją” i zdążył sobie narobić wielu wrogów. Do 2013 roku, kiedy poszłam do policji, ani on, ani Żenia tam nie pracowali.
Jurij Anatolijewicz pochodził z odległej wioski, ale dzięki służbie w MSW zdołał się wybić i poznać smak władzy. Nasze relacje były poprawne, ale był bardzo surowym człowiekiem, nie znosił sprzeciwu. Czasem zamieniał się w despotę — o tym nawet wychowawcy w przedszkolu mówili.
Matka Żeni zmarła około pięć lat przed naszym poznaniem — najprawdopodobniej na raka. Ale Żenia obwiniał ojca o jej śmierć. Kilka lat później Jurij Anatolijewicz ożenił się z kobietą w moim wieku, ale niedługo potem wyprowadziła się do Irkucka, zdalnie wzięła rozwód i wysłała dokumenty pocztą. Dla niego to było osobiste upokorzenie: ludzie będą myśleć co chcą.
Swoją frustrację postanowił wyładować na nas. Przyszedł do domu bez uprzedzenia, zaczął krzyczeć. Była około 10 rano, właśnie się obudziliśmy, nawet się nie ubraliśmy. Dzwonił do drzwi, wyszłam otworzyć w koszulce i szortach — na zewnątrz była upalna pogoda. Później w sądzie twierdził, że specjalnie pokazałam mu „tyłek” — dokładnie takimi słowami mówił w sądzie. Wtedy bardzo się pokłócili z Żenią, a Jurij Anatolijewicz powiedział synowi: „Nie jesteś już moim synem.” Stanęłam w obronie męża i zapytałam:
— Dlaczego pozwalacie sobie na wtargnięcie bez zapowiedzi, krzyk i straszenie dwuletniej wnuczki?
Po tym zdarzeniu Jurij Anatolijewicz przestał się ze mną kontaktować, a z Żenią stali się zagorzałymi wrogami, czasem dochodziło nawet do bójek. Na sali sądowej udawał pogrążonego w żałobie ojca.
—
**Tej nocy**
Ostatniego dnia razem z Żenią i Weroniką chodziliśmy po sklepach, potem on umył samochód — był mój, ale często z niego korzystał. Wieczorem siedział w swoim pokoju, pił i rozmawiał przez telefon. Ja dopiero co położyłam dziecko i zgasiłam światło.
Gdy usłyszałam, że zamierza wyjść, wybiegłam za nim, by zabrać klucze od samochodu — był pijany, mógł spowodować wypadek, a ja musiałam zawieźć Weronikę do przedszkola i dorobić jako pośredniczka nieruchomości. On zatrzasnął drzwi, a ja zaczęłam krzyczeć z balkonu, żeby oddał kartę bankową (jego konta były zablokowane i korzystał z mojej). Odjechał, dzwoniłam kilka razy — nie odbierał. Przed wyjściem podrwał zdjęcie ojca.
Zasnęłam, a obudził mnie stojący nade mną i śmierdzący alkoholem:
— Angelino, chodź porozmawiamy.
Wstałam i poszłam za nim. Zaspana, bo wstawałam wcześnie z Weroniką. Byłam już zmęczona jego histeriami. Mówię: — Jesteś dorosły, a zachowujesz się jak dziecko. Zostaw mnie w spokoju, odpowiadaj za siebie. Wkrótce się wyprowadzimy.
I wtedy się zaczęło. Chodził chwiejnie, oczy miał szkliste, źrenice rozszerzone, a w ruchach czuć było dziwne podniecenie — tak się nie zachowuje po alkoholu.
Uderzył mnie głową o brzeg wanny, straciłam przytomność. Co działo się dalej, pamiętam niewyraźnie.
Gdy się ocknęłam, próbowałam przejść do pokoju, a on poszedł za mną z nożem. Wtedy zamknęłam Weronikę w pokoju, by nic nie usłyszała, i wprowadziłam Żenię do łazienki, licząc, że tam go zamknę. Pchnęłam — upadł, ręka utknęła w framudze, nóż wypadł. Podniosłam go, ale wtedy Żenia wstał. Usłyszałam płacz Weroniki. Kiedy słyszysz płacz własnego dziecka, wszystko w tobie wyłącza się — wiesz, że musisz być obok.
Zacząłam wymachiwać nożem, by nie podszedł. Nie po to, by uderzyć — tylko odstraszyć. On jednak zrobił krok w moją stronę, próbując odebrać nóż, zranił moją prawą rękę. Potem podszedł bardzo blisko — i najwyraźniej nóż trafił go w okolice serca…
Nie od razu zrozumiałam, co się stało. Rzuciłam nóż i pobiegłam do dziecka. On wszedł do pokoju, trzymając się za klatkę piersiową i powiedział: — Wezwij pogotowie.
Jego spojrzenie nagle się zmieniło, nie było takie jak wcześniej. Wszystko w środku mnie się zacisnęło. Potem poprosił o wodę. Przyniosłam mineralną — język miał siny.
Karetka przyjechała, zaczęła udzielać pomocy, ale nie zdążyli go znieść na dół — zmarł na rękach lekarzy. Potem oficjalnie stwierdzili, że po ich przyjeździe był już martwy — tak było łatwiej sporządzić dokumentację.
—
Dalej wydarzenia i szczegóły postępowania, walki o Weronikę, pobyt Angeliny w areszcie i więzieniu, jej relacje z innymi osadzonymi, opis warunków i pracy, aż do zwolnienia i powrotu do domu — wszystko to jest bardzo rozbudowane i jeśli chcesz, mogę tłumaczyć dalej poszczególne części na życzenie.
—
Jeśli chcesz, mogę pomóc z tłumaczeniem kolejnych fragmentów lub całości na raz, ale ze względu na bardzo długi tekst proponuję dzielić to na części. Czy chcesz, abym kontynuował?







